Zostałem dłużej w robocie, żeby spokojnie popracować, gdy wszyscy pójdą do domów. Wreszcie poszli. Siedzę, dzielnie pracuję, błoga cisza. A tu nagle wpada ekipa w kombinezonach i zaczyna przestawiać ściany! Nie powiem, z początku mnie to trochę rozpraszało, ale założyłem słuchawki, dałem na volume max i było do wytrzymania. Po godzinie stwierdziłem nawet, że w ryku młotów pneumatycznych i wiertarek udarowych bez problemu można się skupić. Więc siedzę dalej pod płachtą folii, w kurzu i hałasie, szczęśliwy, bo i tak jest lepiej, niż przez cały dzień w - wciskającym się pod każde słuchawki i świdrującym mózg - szczebiocie moich koleżanek z pokoju.
skomentuj (0)
Działo się to na jesieni, a jesień – wiadomo, pora latawców. No to w przedszkolu Młodszej Młodej wymyślili Dzień Latawca i zapędzili rodziców do roboty. Zapowiedzieli, że oprócz konkursu na najładniejszy latawiec odbędą się także zawody w lataniu, a więc statki powietrzne powinny być nie tylko estetyczne, ale i wykonane zgodnie z zasadami aerodynamiki, tudzież awioniki.
Trochę się dziwiłem temu ostatniemu wymogowi, bo z dzieciństwa pamiętałem, że puszczanie latawców wymaga nieco większego wysiłku, niż jest w stanie wykrzesać z siebie statystyczny trzylatek, o koordynacji ruchów nie wspominając. Ponadto ta grupa wiekowa z zasady poza przedszkole się jeszcze nie wyprawia, a miejscowy plac zabaw ma wielkość wybiegu dla łasic, na dodatek jest gęsto zarośnięty wysokimi drzewami, między które powciskano urządzenia rozrywkowe dla pociech. Ale może ta dzisiejsza młodzież jakaś taka bardziej sprytna?
Poza tym Ciocia każe – tata musi. Pojechałem więc grzecznie do M1, by w budomarkecie kupić listewki, klej do drewna i szpagat, a w hipermarkecie – bibułę. Owszem, nawet znalazłem odpowiedni papier - gładki i różnokolorowy - jednak w małych kawałkach, więc nadawał się li tylko na ogon i stateczniki. Na poszycie zeppelina nabyłem więc gustowny czerwony papier pakowy w żółte słonie. Poszukiwania tych dupereli i stanie w kolejkach do kas zabrało mi głupie pół dnia z weekendu, więc pozostałe półtora mogłem śmiało przeznaczyć na prace konstrukcyjne.
Latawiec wyszedł jak ta lala i sprawiał nawet wrażenie, że - przy sprzyjającym zbiegu okoliczności - jest w stanie oderwać się od ziemi. W poniedziałek, w drodze do przedszkola wyrywaliśmy sobie z Młodszą Młodą konstrukcję, bo każde chciało wkroczyć do szatni w glorii Posiadacza. Ze słabo skrywaną dumą przekazaliśmy latawiec Cioci, podobnie jak dziesiątki innych rodziców, którzy z błyszczącymi oczami, ale i z pewną niechęcią oddawali swoje wypieszczone konstrukcje w obce ręce. Nurtował mnie jednak niepokój, jak konkurs – excusez le mot – puszczania zostanie logistycznie zorganizowany, postanowiłem więc podpytać o to Ciocię M.
- A gdzie będziecie puszczać te latawce? – zagadnąłem chytrze, niby mimochodem.
- No a jakże? Na podwórku – Ciocia M. zatrzepotała ze zdziwieniem rzęsami.
- Nooo… Ale tam jest dużo drzew… A do tego trzeba chyba trochę więcej przestrzeni… Żeby rozbieg wziąć… I wiatr złapać… – próbowałem tłumaczyć, jak komu dobremu.
- Może akurat zawieje! – zaszczebiotała optymistycznie Ciocia M., a ja skapitulowałem.
Cały dzień w pracy opędzałem się od natrętnej wizji zziajanej Cioci M., lawirującej między huśtawkami a piaskownicą, próbującej wypuścić mój latawiec w przestworza. Ba! Żeby tylko mój! Przecież ta wątła istota musiała wprawić w ruch dziesiątki takich – mniej lub bardziej udanych – konstrukcji! Gnany ciekawością nieco wcześniej niż zwykle zameldowałem się w przedszkolu po odbiór Młodej Młodszej. Ale relacjonowaniu przebiegu Dnia Latawca dziecko było czemuś niechętne. Zdybałem jednak Ciocię J.
- Jak tam latawce? – zapytałem niewinnie.
- A dziękuję, wszystko z nimi dobrze – odparła Ciocia J. nieco zdziwiona.
- No ale puszczaliście? Poleciały? – drążyłem.
- A niby gdzie mieliśmy puszczać? – oczy Cioci J. zrobiły się jakby bardziej okrągłe.
- No… na podwórku – odpowiedziałem niepewnie.
- Gdzie?! – prychnęła Ciocia J. – Przecież tam jest miejsca co kot napłakał! Jak pan by wziął tam rozbieg?!
- Ale Ciocia M. mówiła… – próbowałem się tłumaczyć.
- No i jak pan chciał wiatr złapać między tymi drzewami?! Ten konkurs był tylko na najładniejszy latawiec. Coś pan pewnie źle zrozumiał… - westchnęła ciężko Ciocia J., ale widząc, że zmarkotniałem, dodała na pocieszenie: - Ale wasz latawiec był całkiem ładny. Nawet wyglądał, jakby naprawdę mógł latać.
skomentuj (3)
Postanowiłem odwiedzić Seniora Rodu. Było to przed kolejową zapaścią, więc zdecydowałem się – jak ten pies – pojechać koleją. Zakupiłem bilet z miejscówką i pełen ufności zasiadłem w przedziale pod wykupionym numerem. Niestety, koleje potraktowały mnie faktycznie jak psa, bo zimno w składzie było jak w psiarni. Byłem jednak na ten dar losu przygotowany, więc w wagonowej toalecie narzuciłem na siebie całą zawartość podróżnej torby, z ciepłymi niewymownymi włącznie. Jednakowoż podczas podróży zmarzłem – tu ponownie wtręt kynologiczny – na kość, bo nie dość, że temperatura była nieprzyjazna, to czas podróży wydłużał się z każdą przejechaną stacją pośrednią. Ot, taka forma zadośćuczynienia a la Pekape – może i chłodniej, ale za to dłużej!
Co czas jakiś dzwoniłem do Seniora informując go z bólem w głosie, że nie zawitam w jego progi o planowej 21, ale raczej o 21.30... 22.00... 22.30... 23.00... Senior - jak sama nazwa wskazuje - spać chadza raczej wcześnie, więc obawiałem się, że zostanę zmuszony do obudzenia go w środku nocy, co nie należy ani do rzeczy przyjemnych, ani krótkotrwałych. Jednak przez telefon Senior zapewniał dziarsko, że znalazł sobie zajęcie, więc spać nie pójdzie i na mnie poczeka.
W środku nocy, pośród szalejącej zamieci wysiadłem na dworcu docelowym, marząc tylko o gorącej herbacie i ciepłym łóżku. Po chwili marzyłem już także o taksówce, bo panie z central korporacyjnych – jak jedna – kazały mi cierpliwie czekać na transport na postoju przed dworcem. Bo każdy głupi wie, że „jak jakaś taksówka jest na mieście, to pewnie zaraz podjedzie”. Wreszcie doczekałem upragnionego pojazdu i już po kwadransie ślizgania się po świeżym śniegu, zmarznięty na kość niedźwiedzia polarnego, pukałem do drzwi Seniora.
Drzwi na szczęście otworzyły się błyskawicznie, więc już po chwili siedzieliśmy nad letnią herbatą, a Senior opowiadał z dumą, jakiego to zadania się w środku nocy podjął, byle nie zasnąć i mnie doczekać – postanowił uprzątnąć śnieg z balkonu. Z jednej strony miło, ale z drugiej… W celu odśnieżenia drzwi balkonowe zostały otwarte na oścież, więc temperatura w domu była dwa… no, góra trzy stopnie wyższa niż na dworze. Za to – tu trzeba Seniorowi oddać sprawiedliwość – w jego domu było zdecydowanie mniej śniegu.
Krańcowo zmęczony i zziębnięty, ciągnąc resztkami świadomości i zdrowia wysłuchałem barwnej opowieści Seniora o jego zażartej walce z zimą, po czym pożegnałem się grzecznie i odszedłem w drzwi prawe, by wziąć gorący prysznic i paść w bety. Wszedłem do łazienki, pozbyłem się odzienia i dzwoniąc zębami rozsunąłem drzwi brodzika…
Zgadnijcie, gdzie Senior wyrzucał śnieg zebrany z balkonu.
skomentuj (0)
Rzuciłem dziś okiem na główną Gazety.pl i zdumiony przeczytałem:
"Tajner o Wiśniewskim: Jesteśmy w związku"
Chyba, kurwa, narciarskim.
Chciałem moim towarzyszom niedoli uprzyjemnić nieco ten łez padół, wobec czego zorganizowałem kino pod postacią laptopa i filmów na DVD. Repertuar dobierałem rozważnie, starannie omijając ciężkie kino czeskie czy równiez nielekkie "kabaretu Potem dzieła wybrane". Jednakowoż wybór tytułów popularnych w swojej filmotece miałem dość ograniczony, wobec czego zdecydowałem się ostatecznie na klasykę, ale zawierającą w sobie sporą dawkę - jak mawiają Rosjanie - "экшн".
Przytargałem cały ten nabój i pełen dumy grzecznie pytam:
- No to jak? "Ojciec Chrzestny" w 3 częściach? A może "Pulp Fiction"? "Czas Apokalipsy", wersja reżyserska? Mam jeszcze "Cztery pokoje"...
Twarze słuchających wydłużają się coraz mocniej, w końcu jeden nieśmiało bąka:
- Ale to... już było w telewizji.
Kurtyna. Oklaski.
Czy Szanowne Państwo zarejestrowało, że Piotr Kraśko wydał książkę pt. "Smoleńsk", zawierającą relację z miejsca tragedii? Czytam fragmenty onego dzieła na portalu "Gali" i wyjść z podziwu nie mogę, jakich to heroicznych wydarzeń Szanowny Autor był świadkiem. Ba, nie tylko świadkiem, ale nawet twórcą! A doszczętnie rozjebała mnie informacja (zapewne) od wydawcy: "1 zł ze sprzedaży każdego egzemplarza książki zostanie przekazana na rzecz Fundacji 10 Kwietnia, wspierającej rodziny ofiar katastrofy w Smoleńsku". Całe 1 zł?! Fantastycznie... Pod warunkiem, że zejdzie milion egzemplarzy.
Dobrze pamiętam Kraśkę relacjonującego tę tragedię. Przede wszystkim zapadły mi w pamięć - powtarzane jak mantra - dwa zdania: "Nie ma tu żadnej informacji" oraz "Milicja nie pozwala nam podejść bliżej". Wiadomo wszak, że pierwszą rzeczą, jaką Rosjanie powinni zrobić po katastrofie, to ustawić w pobliżu centrum prasowe z łączami satelitarnymi i ekspresem z kawą. No i należyałoby dopuszczać na miejsce tragedii każdego chętnego, byle miał kamerę w ręku, choćby malutką.
Nie wiem, czy wiecie, ale słowa: "Nie ma tu żadnej informacji" w ustach dziennikarza mają takie samo znaczenie, jak deklaracja: "Pizda ze mnie, nie reporter". No ale bądźmy wyrozumiali: chłop był zaskoczony - jechał na bankiet, a trafił na wojnę. Jednak Piotr K. najwyraźniej zasmakował w zapachu prochu, dzięki czemu mogliśmy oglądać go jako wiodącego reportera relacjonującego na żywo postępy powodzi - prawdziwego macho wbitego w wodery, realistycznie nieogolonego i dramatycznie stojącego po pas w wodzie. Monty Python wiecznie żywy!
Jednakowoż bezmierna głupota całego tego powodziowego entourage'u Piotra Kraśki miała groźną konkurencję w postaci reporterów regionalnych, którzy jak mogli starali się wykorzystać swoje 5 minut. Mistrzynią świata była Agata Dzikowska z Wrocławia, podróżująca po zalanym Kozanowie - jak jaka hrabinia - pontonem zaprzężonym w strażaków. Razu pewnego orszak podpłynął do balkonu, na którym stali zapłakani powodzianie, a redachtorka zagaiła:
- Dzień dobry! Czy mają państwo żal do władz?
Czy przyszłoby Wam do głowy, żeby w takim momencie coś takiego z siebie wydalić?!
No i znów zeszło na powódź i inne tragedie... Taki lajf. Albo może ja wszedłem w wiek, w którym przypierdalanie się jest nader atrakcyjną formą wypowiedzi. Ale obiecuję, że nastepna notka będzie radosna i afirmacyjna. Jeszcze nie wiem, z jakiego powodu, ale będzie.